Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Pstryczek-elektryczek

Pstryczek-elektryczek

Z szumem medialnym, Pierwszy-spośród-ministrów ogłaszał u schyłku minionego roku energetyczne bezpieczeństwo polskich obywateli. Wtórowała mu Ministra-od-rodzin. Przez trzy czwarte ubiegłego roku, bo od marca, zapowiadała znaczące przyszłoroczne ulgi dla wielodzietnych. Dałem się skusić. Na tyle, by sprawdzić te... zapowiedzi.

Nie byłem w tym odosobniony zapewne. Jeden jednakoż przypadek, z uwagi na autora tej inwestygacji, przedarł się do tzw. mainstream’u. A ponieważ chodzi o znajomego, którego darzę sympatią i podziwem dla jego aktywności, w sytuacji koincydencji, które mimo różnic zauważyłem, pozwolę sobie wspomnieć i jego przypadek.

Konkretnie, chodzi o osobę Michała Szafrańskiego, którego wspierałem w jego drodze ku milionom (kupując książkę Finansowy Ninja), autora bloga 'Jak oszczędzać peniądze’ Nasza znajomość jest raczej niesymetryczną. Ja znam Michała, gdyż czytam, o czym pisze. Przyjmuję, że bez wzajemności. No, chyba że po tym wpisie coś się zmieni...

A zdarzyło się tak, że w podobnym czasie, w odniesieniu do różnych dostawców energii elektrycznej, prowadziliśmy sprawdzenie opłacalności dostępnych ofert. Obaj posłużyliśmy się techniką przeliczenia danych podawanych przez dostawców energii i zestawieniu ich z własnym jej zużyciem. Michał - jak to w jego stylu, używał kalkulatora energii własnego pomysłu, który udostępnił wszystkim zainteresowanym. Ja korzystałem z własnego, sprzężonego z danymi zużycia wszystkich mediów w naszym gospodarstwie domowym.

Michał dowiódł, że w przypadku oferty jednego z operatorów działających na terenie Warszawy, głoszone przezeń ‚obniżki’ są w ostatecznym rozrachunku zawoalowanymi podwyżkami. Wszystko w odium swoistej nobliwości oferty - otrzymania certyfikatu poświadczającego ‚zielony charakter’ dostarczanej energii (jej pozyskanie ze źródeł odnawialnych). Czyli, zamiast PR-owego sukcesu - Michał wykazał finansowy i etyczny fuck up tego konkretnego dystrybutora energii elektrycznej, w odniesieniu do tej konkretnej oferty. Jego medialna rozpoznawalność sprawiła, iż w porozumieniu z innym operatorem na tym rynku, opracował i medialnie wzmocnił tę konkurencyjną ofertę: uczciwą i potencjalnie atrakcyjną dla wielu. Brawo!

No! To teraz moja historia...

Po pierwsze przypomnę, że tematowi specjalnych ofert kierowanych do wielodzietnych - między innymi w zakresie tańszej energii elektrycznej - przyglądałem się już kilka lat temu. Możesz przeczytać o tym |tutaj| i |tutaj|. Nie wiem, czy byłem ‚pierwszym Polakiem’, chociaż Michał o tym nie pisał. Zwyczajnie próbowałem zważyć, policzyć, ile w tym prawdy, ile szumu.

Jeżeli nie dałaś/dałeś rady przebrnąć przez te moje pierwociny w tym temacie, podsumuję to tak: kilka lat temu ‚dobre zmiany’ proponowane wielodzietnym w mojej sytuacji były hmm.... mocno dyskusyjne, jeśli idzie o ich opłacalność. Przypomnę, że wszystkie programy tego typu głoszone są pod hasłami ulgi i preferencyjnych warunków finansowych. lnnymi słowy - tłumacząc ich ‚dyskusyjność’, w mojej ocenie, służą głównie interesom i reklamie firm biorących udział w takich przedsięwzięciach. Reklamie bardzo opłacalnej, bo o ogólnopolskim zasięgu. I niemalże darmowej, bo gross kosztów przeniesionych jest na ‚biorców’...

Do wspomnianych na początku szumnych zapowiedzi, podszedłem zatem z dystansem i wyrachowaniem. Dosłownie. Znowu policzyłem sobie wszystko.

Ale 'wszystko’ do policzenia nie pojawiło są od razu. Detale, czyli meritum, przysłonięte były nimbem tajemnicy. Na przełomie roku, ze strony internetowej mojego dostawcy energii elektrycznej, zniknęły dotychczasowe dokumenty dotyczące taryf dostępnych dla wielodzietnych. Tłumaczenia pracowników infolinii były kuriozalne. Ostatecznie, nikt, niczego o nowych taryfach nie wiedział. Podobnie zresztą, jak o zniknięciu starych. Żeby było bardziej tajemniczo, wszystkie pozostałe taryfy były przez cały czas dostępne na stronie i jednoznacznie identyfikowanle czytelnymi opisami. I to mimo faktu, iż do końca stycznia wszystkie miały pojawić się w nowej odsłonie, jako pokłosie energetycznej zapaści, do której po latach budowania niezależności energetycznej, mówiąc dyplomatycznie - czyli bez wskazywania odpowiedzialnych: doprowadzono.

Może nie uwierzysz, ale przedostatniego dnia stycznia, czyli jeszcze przed terminem, na stronie internetowej mojego dostawcy energii pojawiły są nowe taryfy. Tadam! Można? Można!

No, to teraz ‚ale'...

‚Znaczące obniżki' okazały się utrzymaniem wcześniej znanych warunków i opłat. Zawsze to lepiej niż 'zwyżki’... Po co zatem cała ta historia z usuwaniem swych taryf przed ogłoszeniem 'nowych'? Nie obrażę Twej inteligencji przypomnieniem marketowych ‚promocji’, i nie skomentuję...

Być może nie jestem uprawniony do wygłaszania sądów o 'opłacalności' proponowanych taryf i warunków. Dystrybutor energii zastrzegł sobie bowiem odczucie zniżek przy zużyciu rocznym prądu przez ‚typową rodzinę’. Nie mam danych pozwalających wskazać jego średnie zużycie (bo przecież z pewnością nie medianę), dla polskich rodzin wielodzietnych. Dla innych zresztą także... Nie bardzo też wiem, na ile nasza ‚szóstka’ stanowi typową rodzinę. Moje kalkulacje pokazały, że żeby móc skorzystać ze zniżek wynikających z tej konkretnej oferty, musiałbym zużywać znacząco więcej energii. W minionym roku zużyliśmy 3005kWh, w stosunku do zużycia estymowanego dla opłacalności (4500kWh).

To trochę tak, jakbym chcąc mieć niższą cenę za metr sześcienny wody, odkręcał kurki jadąc na wakacje. To nie tylko głupie, ale też głęboko nieetyczne. Nie tylko zasoby wody na Planecie są skończone i ograniczone. Również produkcja energii elektrycznej jest wysoce nieobojętną - obciążającą dla środowiska. Za nieetyczne uznaję marnowanie wszelkich zasobów, zwłaszcza tych trudno- lub nieodnawialnych.

A propos etyczności. Michał wskazał na ‚manipulację członkiem pod płaszczykiem' w swoim przypadku. Pozornie atrakcyjna oferta, po przekalkulowaniu, okazała się być droższą. W moim przypadku, po przeliczeniu danych wyszło, że w nowej taryfie mógłbym zaoszczędzić w ciągu roku (utrzymując ubiegłoroczny poziom zużycia energii) około 50 złotych. Przy wyższym zużyciu - więcej.

Powiem tak: 50 złotych piechotą ne chodzi. Tyle, że w tym zachłyśnięciu się ‚gąską z ogródka’ można zapomnieć o doliczeniu kosztów przesyłu zużytej energii. Ten koszt (i te opłaty) nie jest wykazywany w ofercie. Odpowiada za niego inna firma, więc formalnie nie musi pojawiać się w ofercie wytwórcy energii elektrycznej. Ale faktura przychodzi wspólna...

I tu, przywołując klasyka - Seniora Siarę: „cały misterny plan, w pi...”. Przynajmniej, jeśli idzie o oszczędzanie. Oczywiście nie przeze mnie, wielodzietnego, a oszczędzanie na mnie - wielodzietnym, który nie skorzysta z tych ‚promocyjnych' warunków.

Pozwolę sobie pozostać przy sprawdzonych sposobach radzenia sobie w takich sytuacjach, których 'wynik' zależy ode mne samego.
Po pierwsze: umiar.
Po drugie: edukacja.
Po trzecie: konsekwencja.

Adekwatnie do potrzeb. Bez konieczności (i kosztów) ‚zawierzania'. Uczciwie względem siebie i świata.



W nagłówku zrzut ekranu ze strony lightpollutionmap.info, pokazujący zaśmiecenie światłem w naszym kraju. Z akcentem na ‚naszym'.


{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}