Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Świętuj, kto potrafi!

Świętuj, kto potrafi!

Święta za nami, ale mnie nurtuje problem świętowania. Na moje oko, to najbardziej adekwatne określenie: problem.

Wczesnym popołudniem, pojechaliśmy w niedzielę na plażę przy pobliskim jeziorze. Świeciło Słońce i w zasadzie było ciepło, tyle że wiatr był wielce porywisty. Taki, co czapki z głów zdejmuje, a w każdym razie studzi słoneczny zapał do zdjęcia wierzchniego ubrania, by cieszyć się ciepłem.

Na podobny pomysł wpadło wielu - samochodów na parkingu było ze trydzieści. I rzeczywiście - w różnych miejscach tego rekreacyjnego terenu, na ławkach i przy stolikach, pełno było odpoczywających. Większość stanowili dorośli z dziećmi.

Moją uwagę zwrócił pewien szczegół. Spacerując, zdałem sobie sprawę, że prawie wszystkie stoliki przyozdobione były koszykami i torbami ze smakołykami i... alkoholem. Wódkami przeróżnymi (co do marki i koloru), rzadziej piwem. Wówczas jednak, w znacznej objętości.

W czasie naszego pobytu na plażę przybywały nowe grupy ludzi. Część z nich nader tanecznym krokiem, o wzroku mętnym niczym woda w jeziorze smagana wiatrem. Najczęściej przyjmowali oni pozycje horyzontalne na ławce lub na bardzo pieczołowicie, niemalże z pietyzmem rozkładanych kocach, gdzie nieruchomieli zadziwiająco szybko.

Dzieci pośród szumu fal bijących o brzeg, śpiewu ptaków i radosnych beknięć, bawiły się na placu zabaw. Szczęściem wiatr zdmuchiwał dym papierosów, przyklejonych niczym głupawy uśmiech do wielu rodzicielskich twarzy.

Oprócz naszej ekipy, znalazłem jeszcze jedno towarzystwo i stół wolny od alkoholu. Ale oni mówili w obcym języku. Pewnie też nie znali panujących tu zwyczajów...

Drugiego dnia przyjechaliśmy w to samo miejsce wyraźnie wcześniej. Za to w znacząco szerszym składzie. Na plaży byliśmy przez dość długi czas sami.

Dzieciaki zaatakowały plażę. Tym razem przygotowane były do eksploracji, modyfikacji i wszelkiej maści zabawowych ulepszeń i atrakcji. Wiatr był wyraźnie słabszy tego dnia i mimo niższej temperatury, było znacząco przyjemniej. Tak bardzo przyjemnie, że wkrótce wszyscy biegali boso, ciesząc stopy piaskiem, trawą i kamieniami. Samograj. Jak zwykle przy takich naturalnych (sic!) okazjach.

Dla mnie był to czas błogiego leniuchowania, bliskości w rozmowach i w ‚ciszy', czyli najpiękniejszym sourround'zie dźwięków, jaki znam - naturze.

Po jakimś czasie, na plaży pojawili są kolejni ludzie. Nikt nie pił żadnego alkoholu. Nie zauważyłem też osób palących, a jestem na punkcie niepalenia bardzo wrażliwy.

I w tej sielance i błogości, zastanawiałem się, czy potrafimy świętować. My, Polacy. Postawiłem dwie hipotezy robocze. Pierwsza mówiła o tym, że bez alkoholu wielu ludzi nie potrafi świętować. Druga zaś odnosiła się do spostrzeżenia, że w Lany Poniedziałek nie było widać osob pijących i będących pod wpływem alkoholu. Kto miał się napić, widać uczynił to już w niedzielę. Skutecznie. Zacząłem też zastanawiać się, czy 'Lany' nie wywodzi się przypadkiem od alkoholowego zalania.

I przypomniało mi się powiedzenie z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia: "Polska - kraj który leży nad Wisłą”.

Mamy problem? Ze świętowaniem? Może nie tyko...? Nie chciało mi się babrać w tym syfie i weryfikować, czy falsyfikować moich hipotez.

I żeby zakończyć jakoś tak bardziej optymistycznie załączam - wyłącznie w wersji audio, naszą audio-pocztówkę świąteczną. Ta powstała niejako przypadkiem, bo nie była żadnym zamierzonym wcześniej działaniem. Ot, korzystałem z okazji i nagrywałem dźwięki natury; próbowałem wchodzić w interakcje z dziećmi. Post factum 'skleiłem' pojedyncze i różne w czasie nagrania w całość, którą za chwilę usłyszysz. Najweselsze jakoś tak na końcu - wytrwaj więc...

Świętuj, kto potrafi!


Autorką zdjęcia jest Karolina Kuś :)


{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}