Świat z perspektywy żonatego mężczyzny,
będącego ojcem czwórki dzieci

Zielone i niebieskie

Zielone i niebieskie

Wakacje. Ja sam, najbardziej lubię i odpoczywam w naturze. Lubię zanurzać się w zielone i niebieskie. Uwodzi mnie doskonałość głębi i przestrzenności dźwięków jakie odkrywam w dłuższym z naturą kontakcie. Nie od razu słyszę wiele. Ale zmierzanie ku temu, nie wymaga wysiłku. Przynajmniej na tyle, ile otwartość i 'odpuszczenie’ ich nie wymagają.

Wakacje są tym czasem, w którym można w naszym kraju 'wnaturzać się' (pod tym hasłem pisałem o naszych zeszłorocznych wakacjach w 'domku pod lasem'), nie tyle najłatwiej, co najpełniej. Zawsze łatwo jest zacząć. Wystarczy odejść od kultury (wytworów człowieka) i się 'wnaturzać'. Mniej lub bardziej odważnie. Latem może to być najpełniejsze, ze względu na temperaturę. Można wystawiać ciało na dotyk słońca, wody i wiatru. Dużo częściej chętniej i wyraźnie na dłużej. Bo piasek ciepły. Bo mchy w leśnym poszyciu niczym perskie kobierce… Są też kamienie nabrzmiałe latem - gorące słońcem i chłodne rzek (strumieni) wodą...

Wnaturzając się bardziej - wchodząc 'głębiej', można dostrzegać to, co ukryte choć nie skrywane. I chociaż wciąż na widoku, ukryte dla tych, którzy w naturę przenoszą nadmiar kultury. Nie ukryte bynajmniej, ale niedostępne dla tych, który w naturze odtwarzają być może jedyny znany sobie wycinek rzeczywistości - pełen betonu, samochodów, głośnych i nienaturalnych (bo nie natury) dźwięków, czy raczej hałasów. Także i śmieci. Bo przenosząc się w naturę, zwykle odtwarzamy wszystko. Niestety bezrefleksyjnie najczęściej. I topimy naturę w hałasie i śmieciach - tych wytworach kultury, poza którą - jak zbyt wielu fałszywie wydaje się - nie ma życia…

Przykładów tego zapewne można podać wiele. Wśród nich i ten, gdzie w spokojnym, urokliwym, bezpiecznym i cichym ośrodku wypoczynkowym w Wądzynie (tak właśnie, bo nie mówi się 'w dupiu') zmienił się właściciel. I przeniesiono w jego naturę miasto. Najpierw pojawił się charakterystyczny ’burgerowy' placyk zabaw - tak ikoniczny, jak i brudny. A po nim wkrótce, budynek wielki jak wieżowiec. I blisko dwieście miejsc parkingowych przy wyasfaltowanej drodze. Na tej 'starej’, można było spotkać zwierzaki - głównie gady i płazy. Nie potrzebne były na niej pobocza - samochody jeździły wolno. Teraz jest inaczej. Samochody latają bardzo nisko. I jest ich wiele. Zwłaszcza w ślubne i poprawinowe weekendy. Czyli we wszystkie. Rzeczone gady i płazy także można zobaczyć… Zaskrońce uwielbiają wręcz wygrzewać swoje zimnokrwiste ciała na ciepłym latem asfalcie. Niezdolne dorównać prędkości samochodów latających tak nisko, że kołami ocierających o ten asfalt, pozostają na nim na dłużej. W postaci wysychających szybko plam…

Dla wielu ludzi, mnie samego również, był Wądzyn - w analogii do tytułu jednej z książek Ursuli K. Le Guin: miejscem początku. Mimo, że książkę tę czytałem blisko czterdzieści lat temu, polecam ją Twojej uwadze i lekturze. Śmiało możesz polecić ją mlodszym wersjom siebie :)

Myślę sobie, że większość ludzi ma swoje 'miejsce początku'. Formalnie rzecz biorąc, z natury wywodzi się nasz gatunek. Poniekąd o tym śpiewał Jonasz Kofta: “Pamiętajcie o ogrodach - Przecież stamtąd przyszliście". Być może już wtedy - w latach sześćdziesiątych, było w kraju (i na świecie) tyle nierozgarnięcia, bezrozumności i jednoczesnego zadufania w siłę tegoż rozumu, że trzeba było o tym prostym fakcie przypominać...

O tym, że nasza obecność na Planecie możliwa jest dzięki utrzymaniu ekologicznego status quo wiedzą chyba wszyscy. Wszak edukacja jest obowiązkową i mówi się o tym nie tylko w szkołach. To chyba najbardziej jaskrawy przykład wyróżniania się pojęć wiedzy i rozumienia. Bo ile za wiedzą mogą iść 'czekboksy' zrealizowanych 'treści programowych' nauczania, za rozumieniem idą działania. I bynajmniej nie te “czynienia sobie ziemi poddaną”!

No... Tak więc zanurzam się w niebieskie i zielone. Odkrywam kolejne głębie i warstwy. Zanurzając się w litoral - tę najbardziej bioróżnorodną i bogatą część jezior, dostrzegam ich nikłość. Nurkując w przybrzeżnych pasach niewielkich głębokości najczęściej spotykam pustkowia. Nie trzeba do tych obserwacji nurkowych patentów, niestety. Ale nie 'niestety' w odniesieniu do rzeczonych uprawnień, a w związku z łatwo zauważalną ubogością tej warstwy, która winna tętnić życiem najbardziej.

Zanurzam się też w zielone… Byliśmy w minionym tygodniu na spacerze w lesie odległym jakieś trzydzieści kilometrów od dużego miasta, leżącym na peryferiach wsi. Ot, kościół, parę sklepów i domki w rozluźniającej się ze wzrostem odległości od przelotowej drogi, zabudowie.

Spacer był wielopokoleniowy - seniorzy, dorośli, młodzież i dzieci. Lubimy chodzić boso. Nasze najmłodsze to wręcz uwielbiają. Musieliśmy jednak przeprosić się z butami. Ilość szkła - najczęściej rozbitego sprawiła, że trzeba nam było i tak uważać, aby nie poharatać nóg o szklane ułomki. I to mimo obucia stóp. Spacer zamienił się w misję ratunkową. Kolejne oczyszczanie świata. Tym razem w tym konkretnym miejscu. Jakby nie wystarczało jego niezanieczyszczanie...

Śmieci na naszej spacerowej trasie było tak wiele, że do pojemników przy cmentarzu na skraju lasu i wsi jednocześnie, chodziliśmy kilkukrotnie. Przydały się także znalezione na ziemi plastikowe i papierowe torby. Najczęściej zbieraliśmy puszki po piwie i mniej lub bardziej rozbite butelki po alkoholach wszelkich (piwie, winach, wódkach), ale też mniej i bardziej potluczone słoje po zaprawach domowych.

Źle znoszę takie sytuacje. Zwłaszcza kiedy nasze dzieci wołają rozemocjonowane “tato zobacz, ktoś wyrzucił butelkę!”. Ich emocje są proporcjonalne do zdziwienia faktem, że ktoś mógł w ogóle wyrzucić butelkę, a w zasadzie cokolwiek. I nie tylko w lesie. My sami tak nie robimy. Starsze dzieci wiedziały (ze Szkoły Tygrysów, nie takiej zwykłej), czym grozi obecność rozbitego i pozostawionego na leśnym poszyciu szkła. W tym lesie nie było kamieni, o które łatwo potłuc szklane pozostałości po alkoholu. Trzeba zadać sobie wiele trudu aby rozbić butelkę w lesie. Nie wystarczy 'przypadkowe' uderzenie o pień drzewa. Jeszcze trudniej rozbić butelkę o mech… A jednak komuś to się udaje :(

Zbieranie rozbitego szkła jest niebezpieczne, ale to też swoiście ’patowa' sytuacja, w której uczestniczą również nasze maluchy. Ręce można nie tylko pokaleczyć. Zdecydowanie wolę kiedy dzieciaki wycierają spocone twarze rękoma 'brudnymi' od grzybów, patyków czy jesiennych liści…

“Zbierać, czy nie zbierać? Oto jest pytanie!” - zawołałby Hamlet współcześnie.
Zbierać! Ale... samo zbieranie śmieci po kimś nie tyko nie ma moim zdaniem uzasadnienia. Może bowiem przynosić skutek przeciwny do zamierzonego. Zamiast zmieniać zachowanie - utrwalać tę patologię. Mechanizm ten jest prosty, choć jednocześnie nie ma prostego rozwiązania. Jest tylko oczywiste.

Wariant pierwszy: ktoś śmieci - inny sprząta.
Ma on tę wadę, że śmiecący może nawet nie zauważyć, że śmieci, no bo inny sprzątnął. Nie ma śmieci - nie ma problemu. Przynajmniej z perspektywy śmiecącego. Wróć! Dla niego 'śmiecenie' nie jest problemem a normą zachowania. Nie ma problemu, bo jest czysto, także z perspektywy innego. Bo sprzątnął, co znalazł. Ale, czy zrobi tak następnym razem? Czy zauważy wszystkie inne miejsca, inne śmieci? Sprzątanie za kogoś może okazać się hołubieniem patologii. Ale czy niesprzątanie, lub też powszechne niedostrzeganie problemu (śmieci) rzeczywiście poprawia nastrój, oczyszcza sumienie innego?
W tej sytuacji z perspektywy pozostałych osób, również nie ma problemu - bo go nie widać. Nie ma śladu, że zaistniał. Więc pozostali usypiają czujność. I sumienia. Bo nie wierzę, że nie wiedzą, że toniemy w śmieciach…

Wariant drugi: ktoś śmieci, inny nie sprząta.
To chyba najczęstszy przypadek. Bo nie ma opcji, że wszystkie śmieci zostaną usunięte. Jest za to bynajmniej nie (tylko) pijackie zawołanie - “hulaj dusza - piekła nie ma!”. Jest też bezkarność. Świadoma całkowicie. Śmiejąca się w głos. I beznadzieja. Zapewne nie tylko moja...

Wariantów jest więcej. Mnie boli świadomość, że moje (i być może Twoje) sprzątanie po kimś, jest wyłącznie doraźnym i z pewnością nieskutecznym sposobem ochrony natury. Pozostawienie śmieci w lesie także nie jest rozwiązaniem. Nie ma bowiem absolutnie żadnej pewności, że narastające hałdy śmieci, poruszą sumienia, sprowokują kogoś do refleksji prowadzącej do (przeciw)działania. W odniesieniu do zwykłych śmieci po prostu, ale w odniesieniu do poalkoholowych artefaktów - zwłaszcza. Myślisz, że zgłaszanie faktu tworzenia dzikich wysypisk służbom pomoże? Z pewnością nie zaszkodzi, ale w tym konkretnym przypadku płyną miesiące od zgłoszenia. I poza tym, że śmieci przybywa, to… nic!

Tym anonsowanym wcześniej - oczywistym, chociaż bynajmniej nie prostym rozwiązaniem problemu jest edukacja. Formalna, nieformalna i pozaformalna. Prowadząca do konkretnych działań. Zaczynająch się świadomym nie zaśmiecaniem świata. Jedynego jaki znamy i 'mamy’. Piszę/mówię o tym wszystkim nie 'z nadzieją', że Ty robisz podobnie. Dlatego, żebyś wiedziała/wiedział, że jest ktoś, kto robi jak i Ty. Jest nas więcej! Nawet jeśli myślisz, że jest inaczej - warto zmierzać ku dobru. Bez oglądania się na innych.

Dla mnie trudne są wynurzenia po tym zanurzaniu się w naturę. Powrót do miasta (domu?) wyzwala we mnie mnóstwo nieprzyjemnych emocji i uczuć. Sprawia ból. W miejsce przyjaznego chłodu zacienionych miejskich przestrzeni, pełnych nie tylko różnorodności życia ale i zwyczajnie: świeżego, pozbawionego hałasu, pyłów i innych zanieczyszczeń powietrza, doświadczam rzucającego na kolana (sic!) promieniowania mas betonu, którym zalewamy nasze miasta i umysły; ogołoconych z bioróżnorodności (traw, krzewów i drzew) i widocznych zwłasza po powrocie z natury miejskich pustyń, w imię 'czegoś-tam'.

Złapałem się także i na tym, że ostatnio częściej czytam fantasy niż science-fiction. Ta pierwsza jest zawsze zielona i niebieska. Pełna życia. Ta druga, zwykle - najczęściej jeśli idzie o Ziemię: szara i bura. Jeśli nie czytasz takich książek - wystarczy zobaczyć (nawet nie obejrzeć) jakikolwiek film z naszej nadchodzącej wielkimi krokami 'przyszłości’. Nie znajduję powodów, aby nie traktować tych wizji wystarczająco poważnie w odniesieniu do konsekwencji zniszczenia środowiska... Chyba dlatego podświadomie również, bo świadomie zawsze wybieram naturę. Po to by ją ogarniać i przekraczać ciągnąc w tę umowną 'górę' w kulturze. Ale nie by (z)niszczyć, zapomnieć w sobie i świecie. Jedyną mapą zdolną oddać terytorium jest ono samo. VR nam tego nie zastąpi. Jeśli miałoby tak się stać, będzie to znak całkowitej zagłady środowiska naturalnego Planety. Jest się o co starać. Już teraz.

Zielonego i niebieskiego Miła!
Niebieskiego i zielonego Drogi!
Jak najdłużej!
Niech nie 'rozdzióbią' nas kruki!

Ps. Na zdjęciu w nagłówku, te czarne punkty/plamy, to kruki. Wychowani na Żeromskim, lub po prostu - żyjący dłużej, mogą mieć o nich nie dość dobre zdanie. Młodzi nawet nie domyslą się, o co chodzi. A są to naprawdę wspaniałe ptaki. Znajdowałem w czasie leśnych spacerów ich pióra. Piękne! Gdybym nie był taki 'paperless' - pisałbym nimi bloga :)



{{ message }}

{{ 'Comments are closed.' | trans }}